niedziela, 17 listopada 2013

Wołyń, perfidny Tusk i UPA jako drogówka



W autobusach komunikacji miejskiej w Lublinie kolejne przystanki zapowiadają głosy ze wschodnim akcentem. To akcja, której celem jest przypomnienie mieszkańcom, że przebywają wśród nich czeczeńscy uchodźcy. Organizatorzy informowali o przedsięwzięciu na różne sposoby, co pewien czas komunikat pojawia się na elektronicznym wyświetlaczu wewnątrz pojazdów. Wielu nie wie jednak o co chodzi. Na przykład pani Jadwiga, emerytowana krawcowa: „Ja jestem oburzona. Gdy zorientowałam się, że Ukraińcy zabierają nam nasze autobusy, krew mnie zalała. To, co się dzieje w Polsce, to skandal! Na co ten Tusk jeszcze się zgodzi?”(„Gazeta Wyborcza Lublin”, 15.11.2013). Na oglądanym przez miliony filmie z nieudolnej akcji zatrzymania kierowcy przez bytowskich policjantów oburzona kobieta, a za nią szamocący się z patrolem mężczyzna, tak komentują działania funkcjonariuszy: „Normalnie banda UPA”. Minęły cztery miesiące od kulminacyjnego momentu obchodów 70. rocznicy zbrodni wołyńskiej. Trudno oprzeć się wrażeniu, że zakorzeniony w świadomości i podświadomości przeciętnego Polaka obraz Ukraińca uległ dalszemu wzmocnieniu. Odruchową reakcją na wschodni akcent i scenę przemocy jest sięganie po spersonalizowany symbol zła – bandytę Ukraińca. 

Pojawiają się pierwsze analizy przebiegu i skutków obchodów tragicznej rocznicy. To pilnie potrzebne. Nie można czekać,  "aż się przedmiot świeży, jak figa ucukruje, jak tytuń uleży". Już trzeba zacząć myśleć o tym, co robić, by następne rocznicowe obchody nie pogłębiły podziałów między Polakami i Ukraińcami. Tym bardziej, że środowiska kresowe nie ustają w działaniach dyskredytujących Ukrainę. Planują kolejną rekonstrukcję krwawych wydarzeń sprzed 70. lat i w zadziwiająco zgodny sposób współpracują z tymi „ukraińskimi” organizacjami, które ze  względu na ich antypaństwowe działania zwalcza nawet daleki od zachodnioukraińskiej optyki oficjalny Kijów. Przed laty mówiło się, że Polska ma dwóch największych przeciwników swego dążenia, by wstąpić do NATO – Rosję i „New York Times”. Największymi wrogami przyjęcia Ukrainy do Unii Europejskiej są dziś Rosja i kresowiacy. 

Wójt podkarpackiej Wiązownicy podczas konferencji prasowej 8. X. 2013 r., dwa dni po odsłonięciu tablicy upamiętniającej Polaków, którzy zginęli z rąk UPA w 1945 r., ukazał kulisy inspirowanej partyjnymi przepychankami polityki historycznej. W całej sprawie jest promyk nadziei. Ankieta przeprowadzona w 2010 r. wśród rodziców uczniów wiązownickiej szkoły pokazała, że  większość –  140 na 240 – respondentów opowiedziała się za upamiętnieniem wszystkich ofiar konfliktu, religijno-oświatowym i lokalnym charakterem uroczystości. Tylko co 20 ankietowany – 21 na 240 – chciał tego, do czego w sumie doszło, a 71 uważało, że ze względu na świeżość ran nie należy wracać do przeszłości. 

Bardziej z kronikarskiego obowiązku niż – co byłoby sporą naiwnością - z dążenia do sprostowania przekłamanych informacji i zmiany podejścia do kwestii ukraińskiej, odniosę się do reakcji na teksty mego autorstwa poświęcone rocznicy tragedii Wołynia, które znajdują się w tym blogu i jeszcze w innych miejscach, oraz przedstawię zrodzoną niekontrolowaną awersją do grekokatolików genezę tego zainteresowania.  
  
Najpierw niepowtarzalny – co daj Panie Boże! – w swej oryginalności warsztat dziennikarski „Naszego Dziennika”. W wydaniu z 18 lipca ukazał się tekst „Nobel za szyderstwa”, krytykujący moje dwa felietony: „Wołyń. Ludobójstwo jako Nobel za cierpienie” i „Wołyń. Kat ofiarą”. Wersja internetowa artykułu ma w zakończeniu trzy akapity więcej od drukowanej. Poza tym są identyczne. Ale autorką drukowanej jest Anna Ambroziak, a internetowej Maciej Walaszczyk(sic!). Metoda – „to nie ja, to on” –   na uchylanie się od krytyki? Jako miejsce publikacji felietonów podano nie pierwotną domenę – seminarija.pl, a jedną z tych, która skopiowała teksty. 

Krytyka tekstów zaczyna się od cytatu: „Ludzie, którzy utożsamiają się z ofiarami, pragną określenia przeszłych zbrodni mianem ludobójstwa, uważając, że dzięki temu świadomość o nich dorówna tej o Holocauście”. Po cytacie podano w nawiasie numer strony – 446. Oczom  zaangażowanego czytelnika „ND” ukazał się oto ks. Pańczak, który na ponad czterystu stronach szydzi z cierpień Polaków. 446 to numer strony książki Timothy Snydera „Skrwawione ziemie”, z której pochodzi cytat o Holocauście, jak i ten kończący felieton:  „W każdym z przypadków omówionych w tej książce na pytanie: Czy to było ludobójstwo?, można odpowiedzieć: tak, było. Nie prowadzi to jednak daleko”. Gdyby nie Snyder i, tym bardziej, Norman Davies, który dla Polaków nie jest przecież jednym z wielu zachodnich historyków, nie odważyłbym się krytykować usilnych starań wielu w Polsce, by tragedię wołyńską nazywać ludobójstwem. Ograniczyłbym się do ukazywania bezcelowości ukraińskich starań o uznanie za ludobójstwo Wielkiego Głodu z lat 1932-1933. O skali wołyńskiego napięcia w Polsce świadczy to, że tę wypowiedź Daviesa dla Radio TOK FM z 14. 06. 2013 r. zbywano milczeniem: „Jako historyk widzę, że każda grupa etniczna ma pewnych ludzi, którzy chcą, aby to oni zostali uznani za ofiary ludobójstwa. To zaczęło się prawie 100 lat temu. Ormianie wciąż walczą, aby uznano, że byli ofiarami ludobójstwa w trakcie I wojny. Co znaczy ludobójstwo? Kto je definiuje? To są kwestie polityczne. To jest selekcja ofiar: my jesteśmy ofiarami ludobójstwa, inni nie są. Tu jednak nie ma niewinnych grup. To był okres okropności, wypędzania, oczywiście przez mocarstwa, Trzecią Rzeszę i ZSRR. Każda grupa była ofiarą różnych okropności. Jednak mówienie wyłącznie o sobie jako ofiarach ludobójstwa jest polityczne”. 

Porównanie dążenia do określenia cierpień własnego narodu jako ludobójstwa do nagrody Nobla w dziedzinie cierpienia i słowa o postrzeganiu swego narodu jako drugiego Chrystusa pochodzą z tego samego tekstu, a nie z różnych, jak napisano w „ND”. Biskupowi świdnickiemu Ignacemu Decowi nie odmawiałem prawa do porównywania śmierci polskich dzieci do rzezi niemowląt z Betlejem, ani nie zarzucałem sakralizacji martyrologii Polaków, po prostu konstatowałem takie podejście, obecne nie tylko wśród Polaków. Prof. Andrzej Chwalba, historyk z UJ na  pytanie, czy „XIX-wieczna teza o byciu Chrystusem narodów nosiła także znamiona rywalizacji o cierpienie?” odpowiada: „Trzeba pamiętać, że romantyczna polska Wielkiej Emigracji była jednak częścią tworzącego się wówczas świata rewolucyjnej oraz demokratyzującej się Europy. Poza tym Polacy po powstaniu listopadowym szukali w latach 1831-1832 uzasadnienia prawa do egzystencji, a także własnej państwowości. Stąd także wywodziło się owo podkreślenie, że cierpimy za innych, chroniąc ich przed zalewem barbarzyństwa, że odkupujemy ich niesieniem krzyża Chrystusa. Ale w europejskich badaniach porównawczych okazało się potem, że Chrystusem narodów bywali także Francuzi, Szwajcarzy i Portugalczycy, a zwłaszcza Włosi. Hasło to przejęły też narody bałkańskie walczące z Turkami – Chorwaci i Serbowie również uważali się za Chrystusa narodów. Zadziwiające było owo zderzenie haseł rewolucyjnych z ideami religijnymi”. („Jedna pamięć nie istnieje”, rozmowa z A. Chwalbą, „Rzeczpospolita Plus-Minus, 24-25. 01. 2004 r.).

To nie w mojej ocenie, w domyśle – subiektywnie,   publikacje związane z 70. rocznicą tragedii wołyńskiej rozszerzają skalę ukraińskich zbrodni na Polakach. W tekście chodzi o słowa, które można odsłuchać w internecie – kazanie ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego na Jasnej Górze, w którym do zbrodni popełnionych przez Ukraińców wymienił on „zabójstwo polskich profesorów we Lwowie”. 

Właśnie nieformalny lider środowisk kresowych skierował uwagę „ND” i innych mediów na omawiane teksty. 15-16 lipca na KUL odbywała się sesja poświęcona Wołyniowi. Jednym z prelegentów był ormiański duszpasterz. Krotko po północy tego dnia na stronie seminaria.pl umieściłem tekst „Wodewil i happening. Rzecz o pojednaniu”. Spóźniony ks. Isakowicz wszedł na mównicę, wyraził radość, że po raz pierwszy od kilku lat może występować w KUL, a nie przed zamkniętymi drzwiami uniwersytetu, po czym w dramatycznym tonie zapytał, czy powinno się kontynuować spotkanie, skoro na stronie seminarium greckokatolickiego ukazał się tekst wyśmiewający pojednanie polsko-ukraińskie i lubelską inicjatywę. Ktoś z dziennikarzy poinformował/niedoinformował/dezinformował krakowskiego kapłana o moim tekście, który pojednania nie wyśmiewał, lecz bronił przed deprecjonującą ironizacją. W sali zapadło kłopotliwe milczenie. Wywołany do tablicy przez głównego organizatora zachęciłem Ks. Isakowicza, by przeczytał tekst, o którym wypowiada kategoryczne sądy. Sesja toczyła się dalej. Niepowtarzalne było zachowanie prof. Andrzeja Zięby z Krakowa, który prowadził następną sesję. Zorientował się, że ks. Isakowicz wywołał burzę w szklance wody, chciał jednak okazać mu jakieś wsparcie. Wykoncypował to mniej więcej  tak: będziemy omawiać list metropolity Szeptyckiego  „Nie zabijaj”, w którym mówi się o aborcji. A wiemy, że głównym naszym wrogiem w tej sprawie jest „Gazeta Wyborcza”. Nie godzi się więc w wychowanie seminarzystów w jakikolwiek sposób włączać to źródło. Chodziło pewnie o to, że w tekście „Wodewil i happening. Rzecz o pojednaniu” przeciwstawiłem dziennikarza „GW”, który w polsko-ukraińskim spotkaniu w Porycku i Sahryniu widział ekumeniczną modlitwę, a nie, jak ktoś inny, pojednawczy happening. Swój referat krakowski profesor zakończył stwierdzeniem, że bracia Szeptyccy – metropolita Andrzej i ihumen Klemens – w stosunku do Polaków podczas II wojny światowej byli ludźmi „o żelaznych nerwach i twardym sercu”. Zięba wszedł w paradygmat reprezentowany w Polsce przez ks. prof. Chrostowskiego. Jak warszawski kapłan z entuzjasty dialogu z judaizmem stał się  jego zagorzałym krytykiem, tak krakowski profesor metropolitę Szeptyckiego widzi dziś nie jako wybitnego pasterza, a upiora. 

Ks. Isakowicz-Zaleski nie złożył jednak broni. Gdy argumentom zabrakło siły, sięgnął po argument siły. Z taką reakcją spotkałem się nie po raz pierwszy. To stało się… drugi raz. Przez ponad dwadzieścia lat odpowiedzią na moje teksty, polemiki, krytyki pod różnym adresem – biskupów różnych tradycji i konfesji z Polski, Ukrainy, Rosji, Słowacji, profesorów teologii i dziennikarzy różnych wydań  – była merytoryczna dyskusja albo wymowne milczenie. Tylko raz, w 1998 roku, reakcją na tekst krytykujący osławiony list kardynała Sodano w sprawie żonatych Kaplanów greckokatolickich w Polsce, który redakcja jednego z tygodników przesłała do nuncjatury, by mieć głos drugiej strony, było wymaganie usunięcia mnie z pełnionej w Kościele funkcji.

Lider kresowian wyznacza dziś standardy, coraz wyżej ustawia poprzeczkę, także dla polityków aspirujących do czołowych roli w swych środowiskach. Co europosłowi Pawłowi Zaleskiemu z tego, że zbrodnię wołyńską od dawna nazywa ludobójstwem i po myśli ks. Isakowicza wypowiada się w innych kwestiach dotyczących Ukrainy, skoro za krytykę rekonstrukcji w Radymnie słyszy od niego, że atakuje polskich patriotów. Ojciec Marek Blaza SJ, gdy czyta słowa ks. Isakowicza przypomina sobie kanon 1448 §1 Kodeksu Kanonów Kościołów Wschodnich, który stanowi, że „Kto w publicznym widowisku, w wypowiedzi, w rozpowszechnionym piśmie albo w inny sposób przy pomocy środków społecznego przekazu, wypowiada bluźnierstwo, poważnie narusza dobre obyczaje albo znieważa religię lub Kościół bądź wywołuje nienawiść lub pogardę, powinien zostać ukarany odpowiednią karą”.(„Błahowist”, 3/2013). 

Daniel Beauvois, francuski historyk, który dla wielu w Polsce jest kimś niewygodnym, twierdzi, że „okropności i konflikty XX wieku można wytłumaczyć tylko wtedy, gdy zwrócimy się do dalekiej i nawet jeszcze dalszej historii”. W poświęconym tragedii Wołynia numerze lwowskiego czasopisma „Ji” opisał on swoje perypetie z Muzeum Drugiej Wojny Światowej, które cenzurowało jego krytykujące kresomanię artykuł,  i rozczarowanie „Gazetą Wyborczą”, która, publikując odrzucony przez muzeum tekst, wbrew obietnicom nie potępiła cenzury. Trud historyków dawnych i bliższych nam dziejów oraz zaangażowanie popularyzatorów rezultatów ich wysiłków jest potrzebny, aby wytłumaczyć pani Jadwidze i bohaterom YouTube, że są ofiarami mitów, stereotypów i manipulacji.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz