Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ks. Isakowicz-Zaleski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ks. Isakowicz-Zaleski. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 lutego 2020

Blisko, coraz bliżej?


Prezydent Putin pozazdrościł swojemu poprzednikowi na Kremlu i wypowiedział się w kwestii języków. A w zasadzie jednego, wspólnego do XIII wieku języka Rosjan i Ukraińców. Według niego dopiero pod wpływem polonizacji tych Ukraińców, którzy żyli w Rzeczypospolitej, gdzieś w XVI wieku zjawiły się pierwsze różnice językowe. 

Identyczność języka to prosta konsekwencja tego, że –  cytuję słowa Putina z wywiadu dla TASS z 21 lutego –   „jak wielokrotnie mówiłem: uważam, że jesteśmy jednym i tym samym narodem”. Dopiero wskutek tego, że część ludzi żyła w sąsiedztwie katolickiego świata, zaczęli oni postrzegać siebie jako w pewnym stopniu niezależnych od państwa rosyjskiego. – Jak do tego podchodzić, pyta gospodarz Kremla. I odpowiada: z szacunkiem, ale nie zapominając o naszym pokrewieństwie. 

Ukraińską sprawą, kontynuował Putin, w szczególny sposób zaczęły grać w przededniu I wojny światowej austriackie służby specjalne. Dlaczego? „To znana zasada: »dziel i rządź«. Absolutnie zrozumiała rzecz”, skwitował Władimir Władimirowicz. 

Jego wywody, powtarzające znane już tezy, można by zignorować, gdyby nie zdumiewająca zgodność ostatniego twierdzenia z tym, co prawie dwa lata temu napisał moralny lider polskiego środowiska, które z definicji nie powinno przejawiać jednomyślności z przywódcą powstającego z kolan imperium. W odpowiedzi na tweet z 6 kwietnia 2018 r. ambasadora Ukrainy w Polsce, który podziękował ukraińskim studentom Kolegium Europejskiego w Natolinie za promocję Ukrainy podczas dnia Ukrainy i Austrii, ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski opublikował na Facebooku komentarz: „Co by nie mówić, to właśnie Austria w myśl zasady »dziel i rządź« przerobiła w XIX w. Rusinów na Ukraińców, szczując ich przeciwko Polakom. To samo w XX w. czyniła III Rzesza i jej agenci (Bandera, Szuchewycz). Skutki tego są do dziś. I wbrew naiwnym oczekiwaniom »giedroyciowców« Kijowowi zawsze było, jest i będzie bliżej nie do Warszawy, ale do Wiednia i Berlina”

Może jednak trzeba przedefiniować niektóre rzeczy. I dopuścić do świadomości, że zwycięża zasada wróg mojego wroga jest moim przyjacielem.





sobota, 8 października 2016

Opamiętanie



Film „Wołyń” spełnił oczekiwania ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego. Może on odczuwać satysfakcję, bo także dzięki jego wielkiemu zaangażowaniu udało się zebrać brakujące środki, niezbędne do ukończenia dzieła. Wydaje się, że wszystko poszło po myśli duchowego przewodnika środowiska kresowian. W jednej z wielu wypowiedzi, bezpośrednio po powtórnym obejrzeniu filmu, zachęca, by pójść do kina, bo „Wołyń” Smarzowskiego 

„Pokazuje realia polsko-ukraińskie, a ludobójstwo jest także dobrze ukazane, bo tu nie chodzi o epatowanie okrucieństwem, które też jest pokazane, natomiast o przyczyny tego ludobójstwa i kto doprowadził. Dla mnie są takie dwie kluczowe sceny. Jedna to jest zestawienie dwóch kazań dwóch różnych księży greckokatolickich czy prawosławnych w cerkwi. Jeden nawołuje do zgody z Polakami, a drugi odwrotnie – mówi, że Polacy to jest kąkol, który trzeba wyrwać i spalić, i później, na tle przepięknego ikonostasu, święci siekiery i noże. Ja myślę, że Cerkiew greckokatolicka do dnia dzisiejszego nie ma odwagi rozliczyć się z tym fragmentem historii, zwłaszcza, że nie wszyscy święcili. Byli tacy i tacy”. 

Kanał w YouTube, który zamieścił wywiad z duszpasterzem Ormian, tak streścił przesłanie rozmowy: „Cerkiew Greko Katolicka na Ukrainie do dnia dzisiejszego nie rozliczyła się z podżegania do ludobójstwa Polaków. Jak się czują polscy politycy, co jeździli na majdan i krzyczeli chwała ukrainie”.

Pisałem już tu o stosunku ks. Isakowicza-Zaleskiego do grekokatolików, (http://bogdanpanczak.blogspot.com/2013/08/jedna-rodzina-bez-braterstwa-ks.html) i roli odgrywanej przez niego  w relacjach polsko-ukraińskich -  (http://bogdanpanczak.blogspot.com/2013/11/woyn-perfidny-tusk-i-upa-jako-drogowka.html). Wydaje się, że dziś przekracza on Rubikon. Oskarżenie Kościoła greckokatolickiego o doprowadzenie do ludobójstwa Polaków to zarzut najcięższy z możliwych. 

W drugim ze wskazanych tu tekstów odwołuję się do wypowiedzi o. Marka Blazy SJ w wywiadzie dla „Błahowista”(3/2014). Warszawskiemu jezuicie, gdy czyta słowa ks. Isakowicza-Zaleskiego, przychodzi na myśl kanon 1448§1 Kodeksu Kanonów Kościołów Wschodnich: „Kto w publicznym widowisku, w wypowiedzi, w rozpowszechnionym piśmie albo w inny sposób przy pomocy środków społecznego przekazu, wypowiada bluźnierstwo, poważnie narusza dobre obyczaje albo znieważa religię lub Kościół bądź wywołuje nienawiść lub pogardę, powinien zostać ukarany odpowiednią karą”. W Kodeksie Prawa Kanonicznego odpowiada mu kanon 1369, mówiący o sprawiedliwej karze.

Nie o karę chodzi, lecz o opamiętanie.






niedziela, 17 listopada 2013

Wołyń, perfidny Tusk i UPA jako drogówka



W autobusach komunikacji miejskiej w Lublinie kolejne przystanki zapowiadają głosy ze wschodnim akcentem. To akcja, której celem jest przypomnienie mieszkańcom, że przebywają wśród nich czeczeńscy uchodźcy. Organizatorzy informowali o przedsięwzięciu na różne sposoby, co pewien czas komunikat pojawia się na elektronicznym wyświetlaczu wewnątrz pojazdów. Wielu nie wie jednak o co chodzi. Na przykład pani Jadwiga, emerytowana krawcowa: „Ja jestem oburzona. Gdy zorientowałam się, że Ukraińcy zabierają nam nasze autobusy, krew mnie zalała. To, co się dzieje w Polsce, to skandal! Na co ten Tusk jeszcze się zgodzi?”(„Gazeta Wyborcza Lublin”, 15.11.2013). Na oglądanym przez miliony filmie z nieudolnej akcji zatrzymania kierowcy przez bytowskich policjantów oburzona kobieta, a za nią szamocący się z patrolem mężczyzna, tak komentują działania funkcjonariuszy: „Normalnie banda UPA”. Minęły cztery miesiące od kulminacyjnego momentu obchodów 70. rocznicy zbrodni wołyńskiej. Trudno oprzeć się wrażeniu, że zakorzeniony w świadomości i podświadomości przeciętnego Polaka obraz Ukraińca uległ dalszemu wzmocnieniu. Odruchową reakcją na wschodni akcent i scenę przemocy jest sięganie po spersonalizowany symbol zła – bandytę Ukraińca. 

Pojawiają się pierwsze analizy przebiegu i skutków obchodów tragicznej rocznicy. To pilnie potrzebne. Nie można czekać,  "aż się przedmiot świeży, jak figa ucukruje, jak tytuń uleży". Już trzeba zacząć myśleć o tym, co robić, by następne rocznicowe obchody nie pogłębiły podziałów między Polakami i Ukraińcami. Tym bardziej, że środowiska kresowe nie ustają w działaniach dyskredytujących Ukrainę. Planują kolejną rekonstrukcję krwawych wydarzeń sprzed 70. lat i w zadziwiająco zgodny sposób współpracują z tymi „ukraińskimi” organizacjami, które ze  względu na ich antypaństwowe działania zwalcza nawet daleki od zachodnioukraińskiej optyki oficjalny Kijów. Przed laty mówiło się, że Polska ma dwóch największych przeciwników swego dążenia, by wstąpić do NATO – Rosję i „New York Times”. Największymi wrogami przyjęcia Ukrainy do Unii Europejskiej są dziś Rosja i kresowiacy. 

Wójt podkarpackiej Wiązownicy podczas konferencji prasowej 8. X. 2013 r., dwa dni po odsłonięciu tablicy upamiętniającej Polaków, którzy zginęli z rąk UPA w 1945 r., ukazał kulisy inspirowanej partyjnymi przepychankami polityki historycznej. W całej sprawie jest promyk nadziei. Ankieta przeprowadzona w 2010 r. wśród rodziców uczniów wiązownickiej szkoły pokazała, że  większość –  140 na 240 – respondentów opowiedziała się za upamiętnieniem wszystkich ofiar konfliktu, religijno-oświatowym i lokalnym charakterem uroczystości. Tylko co 20 ankietowany – 21 na 240 – chciał tego, do czego w sumie doszło, a 71 uważało, że ze względu na świeżość ran nie należy wracać do przeszłości. 

Bardziej z kronikarskiego obowiązku niż – co byłoby sporą naiwnością - z dążenia do sprostowania przekłamanych informacji i zmiany podejścia do kwestii ukraińskiej, odniosę się do reakcji na teksty mego autorstwa poświęcone rocznicy tragedii Wołynia, które znajdują się w tym blogu i jeszcze w innych miejscach, oraz przedstawię zrodzoną niekontrolowaną awersją do grekokatolików genezę tego zainteresowania.  
  
Najpierw niepowtarzalny – co daj Panie Boże! – w swej oryginalności warsztat dziennikarski „Naszego Dziennika”. W wydaniu z 18 lipca ukazał się tekst „Nobel za szyderstwa”, krytykujący moje dwa felietony: „Wołyń. Ludobójstwo jako Nobel za cierpienie” i „Wołyń. Kat ofiarą”. Wersja internetowa artykułu ma w zakończeniu trzy akapity więcej od drukowanej. Poza tym są identyczne. Ale autorką drukowanej jest Anna Ambroziak, a internetowej Maciej Walaszczyk(sic!). Metoda – „to nie ja, to on” –   na uchylanie się od krytyki? Jako miejsce publikacji felietonów podano nie pierwotną domenę – seminarija.pl, a jedną z tych, która skopiowała teksty. 

Krytyka tekstów zaczyna się od cytatu: „Ludzie, którzy utożsamiają się z ofiarami, pragną określenia przeszłych zbrodni mianem ludobójstwa, uważając, że dzięki temu świadomość o nich dorówna tej o Holocauście”. Po cytacie podano w nawiasie numer strony – 446. Oczom  zaangażowanego czytelnika „ND” ukazał się oto ks. Pańczak, który na ponad czterystu stronach szydzi z cierpień Polaków. 446 to numer strony książki Timothy Snydera „Skrwawione ziemie”, z której pochodzi cytat o Holocauście, jak i ten kończący felieton:  „W każdym z przypadków omówionych w tej książce na pytanie: Czy to było ludobójstwo?, można odpowiedzieć: tak, było. Nie prowadzi to jednak daleko”. Gdyby nie Snyder i, tym bardziej, Norman Davies, który dla Polaków nie jest przecież jednym z wielu zachodnich historyków, nie odważyłbym się krytykować usilnych starań wielu w Polsce, by tragedię wołyńską nazywać ludobójstwem. Ograniczyłbym się do ukazywania bezcelowości ukraińskich starań o uznanie za ludobójstwo Wielkiego Głodu z lat 1932-1933. O skali wołyńskiego napięcia w Polsce świadczy to, że tę wypowiedź Daviesa dla Radio TOK FM z 14. 06. 2013 r. zbywano milczeniem: „Jako historyk widzę, że każda grupa etniczna ma pewnych ludzi, którzy chcą, aby to oni zostali uznani za ofiary ludobójstwa. To zaczęło się prawie 100 lat temu. Ormianie wciąż walczą, aby uznano, że byli ofiarami ludobójstwa w trakcie I wojny. Co znaczy ludobójstwo? Kto je definiuje? To są kwestie polityczne. To jest selekcja ofiar: my jesteśmy ofiarami ludobójstwa, inni nie są. Tu jednak nie ma niewinnych grup. To był okres okropności, wypędzania, oczywiście przez mocarstwa, Trzecią Rzeszę i ZSRR. Każda grupa była ofiarą różnych okropności. Jednak mówienie wyłącznie o sobie jako ofiarach ludobójstwa jest polityczne”. 

Porównanie dążenia do określenia cierpień własnego narodu jako ludobójstwa do nagrody Nobla w dziedzinie cierpienia i słowa o postrzeganiu swego narodu jako drugiego Chrystusa pochodzą z tego samego tekstu, a nie z różnych, jak napisano w „ND”. Biskupowi świdnickiemu Ignacemu Decowi nie odmawiałem prawa do porównywania śmierci polskich dzieci do rzezi niemowląt z Betlejem, ani nie zarzucałem sakralizacji martyrologii Polaków, po prostu konstatowałem takie podejście, obecne nie tylko wśród Polaków. Prof. Andrzej Chwalba, historyk z UJ na  pytanie, czy „XIX-wieczna teza o byciu Chrystusem narodów nosiła także znamiona rywalizacji o cierpienie?” odpowiada: „Trzeba pamiętać, że romantyczna polska Wielkiej Emigracji była jednak częścią tworzącego się wówczas świata rewolucyjnej oraz demokratyzującej się Europy. Poza tym Polacy po powstaniu listopadowym szukali w latach 1831-1832 uzasadnienia prawa do egzystencji, a także własnej państwowości. Stąd także wywodziło się owo podkreślenie, że cierpimy za innych, chroniąc ich przed zalewem barbarzyństwa, że odkupujemy ich niesieniem krzyża Chrystusa. Ale w europejskich badaniach porównawczych okazało się potem, że Chrystusem narodów bywali także Francuzi, Szwajcarzy i Portugalczycy, a zwłaszcza Włosi. Hasło to przejęły też narody bałkańskie walczące z Turkami – Chorwaci i Serbowie również uważali się za Chrystusa narodów. Zadziwiające było owo zderzenie haseł rewolucyjnych z ideami religijnymi”. („Jedna pamięć nie istnieje”, rozmowa z A. Chwalbą, „Rzeczpospolita Plus-Minus, 24-25. 01. 2004 r.).

To nie w mojej ocenie, w domyśle – subiektywnie,   publikacje związane z 70. rocznicą tragedii wołyńskiej rozszerzają skalę ukraińskich zbrodni na Polakach. W tekście chodzi o słowa, które można odsłuchać w internecie – kazanie ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego na Jasnej Górze, w którym do zbrodni popełnionych przez Ukraińców wymienił on „zabójstwo polskich profesorów we Lwowie”. 

Właśnie nieformalny lider środowisk kresowych skierował uwagę „ND” i innych mediów na omawiane teksty. 15-16 lipca na KUL odbywała się sesja poświęcona Wołyniowi. Jednym z prelegentów był ormiański duszpasterz. Krotko po północy tego dnia na stronie seminaria.pl umieściłem tekst „Wodewil i happening. Rzecz o pojednaniu”. Spóźniony ks. Isakowicz wszedł na mównicę, wyraził radość, że po raz pierwszy od kilku lat może występować w KUL, a nie przed zamkniętymi drzwiami uniwersytetu, po czym w dramatycznym tonie zapytał, czy powinno się kontynuować spotkanie, skoro na stronie seminarium greckokatolickiego ukazał się tekst wyśmiewający pojednanie polsko-ukraińskie i lubelską inicjatywę. Ktoś z dziennikarzy poinformował/niedoinformował/dezinformował krakowskiego kapłana o moim tekście, który pojednania nie wyśmiewał, lecz bronił przed deprecjonującą ironizacją. W sali zapadło kłopotliwe milczenie. Wywołany do tablicy przez głównego organizatora zachęciłem Ks. Isakowicza, by przeczytał tekst, o którym wypowiada kategoryczne sądy. Sesja toczyła się dalej. Niepowtarzalne było zachowanie prof. Andrzeja Zięby z Krakowa, który prowadził następną sesję. Zorientował się, że ks. Isakowicz wywołał burzę w szklance wody, chciał jednak okazać mu jakieś wsparcie. Wykoncypował to mniej więcej  tak: będziemy omawiać list metropolity Szeptyckiego  „Nie zabijaj”, w którym mówi się o aborcji. A wiemy, że głównym naszym wrogiem w tej sprawie jest „Gazeta Wyborcza”. Nie godzi się więc w wychowanie seminarzystów w jakikolwiek sposób włączać to źródło. Chodziło pewnie o to, że w tekście „Wodewil i happening. Rzecz o pojednaniu” przeciwstawiłem dziennikarza „GW”, który w polsko-ukraińskim spotkaniu w Porycku i Sahryniu widział ekumeniczną modlitwę, a nie, jak ktoś inny, pojednawczy happening. Swój referat krakowski profesor zakończył stwierdzeniem, że bracia Szeptyccy – metropolita Andrzej i ihumen Klemens – w stosunku do Polaków podczas II wojny światowej byli ludźmi „o żelaznych nerwach i twardym sercu”. Zięba wszedł w paradygmat reprezentowany w Polsce przez ks. prof. Chrostowskiego. Jak warszawski kapłan z entuzjasty dialogu z judaizmem stał się  jego zagorzałym krytykiem, tak krakowski profesor metropolitę Szeptyckiego widzi dziś nie jako wybitnego pasterza, a upiora. 

Ks. Isakowicz-Zaleski nie złożył jednak broni. Gdy argumentom zabrakło siły, sięgnął po argument siły. Z taką reakcją spotkałem się nie po raz pierwszy. To stało się… drugi raz. Przez ponad dwadzieścia lat odpowiedzią na moje teksty, polemiki, krytyki pod różnym adresem – biskupów różnych tradycji i konfesji z Polski, Ukrainy, Rosji, Słowacji, profesorów teologii i dziennikarzy różnych wydań  – była merytoryczna dyskusja albo wymowne milczenie. Tylko raz, w 1998 roku, reakcją na tekst krytykujący osławiony list kardynała Sodano w sprawie żonatych Kaplanów greckokatolickich w Polsce, który redakcja jednego z tygodników przesłała do nuncjatury, by mieć głos drugiej strony, było wymaganie usunięcia mnie z pełnionej w Kościele funkcji.

Lider kresowian wyznacza dziś standardy, coraz wyżej ustawia poprzeczkę, także dla polityków aspirujących do czołowych roli w swych środowiskach. Co europosłowi Pawłowi Zaleskiemu z tego, że zbrodnię wołyńską od dawna nazywa ludobójstwem i po myśli ks. Isakowicza wypowiada się w innych kwestiach dotyczących Ukrainy, skoro za krytykę rekonstrukcji w Radymnie słyszy od niego, że atakuje polskich patriotów. Ojciec Marek Blaza SJ, gdy czyta słowa ks. Isakowicza przypomina sobie kanon 1448 §1 Kodeksu Kanonów Kościołów Wschodnich, który stanowi, że „Kto w publicznym widowisku, w wypowiedzi, w rozpowszechnionym piśmie albo w inny sposób przy pomocy środków społecznego przekazu, wypowiada bluźnierstwo, poważnie narusza dobre obyczaje albo znieważa religię lub Kościół bądź wywołuje nienawiść lub pogardę, powinien zostać ukarany odpowiednią karą”.(„Błahowist”, 3/2013). 

Daniel Beauvois, francuski historyk, który dla wielu w Polsce jest kimś niewygodnym, twierdzi, że „okropności i konflikty XX wieku można wytłumaczyć tylko wtedy, gdy zwrócimy się do dalekiej i nawet jeszcze dalszej historii”. W poświęconym tragedii Wołynia numerze lwowskiego czasopisma „Ji” opisał on swoje perypetie z Muzeum Drugiej Wojny Światowej, które cenzurowało jego krytykujące kresomanię artykuł,  i rozczarowanie „Gazetą Wyborczą”, która, publikując odrzucony przez muzeum tekst, wbrew obietnicom nie potępiła cenzury. Trud historyków dawnych i bliższych nam dziejów oraz zaangażowanie popularyzatorów rezultatów ich wysiłków jest potrzebny, aby wytłumaczyć pani Jadwidze i bohaterom YouTube, że są ofiarami mitów, stereotypów i manipulacji.









środa, 21 sierpnia 2013

Jedna rodzina bez braterstwa. Ks. Isakowicz i grekokatolicy

W pamięci absolwentów  Seminarium Duchownego w Lublinie zapisała się szczególnie barwna postać franciszkanina, wieloletniego profesora nauk biblijnych. Wśród wielu anegdot z nim związanych jest i jego deklaracja o stosunku do Braci Mniejszych Kapucynów: „To, że mam z kapucynami wspólnego ojca nie znaczy, że jesteśmy braćmi”. Ta rozweselająca fraza przychodzi mi na myśl w ciężkich  chwilach, gdy docierają do mnie wypowiedzi ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego na temat ukraińskich grekokatolików. To, że należymy do jednej rodziny wschodnich katolików wcale nie znaczy, że żywi on do nas braterskie uczucia.
Pod tym względem ks. Isakowicz jest wiernym kontynuatorem działalności symbolicznej dla polskich Ormian postaci, arcybiskupa lwowskiego w latach 1901-1938, Józefa Teodorowicza. Hierarcha ten, gorący zwolennik endecji, powiedział po przegranym przez Ukraińców boju o własne państwo: „(…)czy ci bracia nasi, którzy zamachu na Lwów dokonali, ostaliby się na długo w swej samodzielności, do której ni historycznie byli przygotowani, bo jej nigdy nie mieli, ni też w jaki bądź inny sposób do niej przysposobieni? Utonęliby tylko we  wrzątku kipiącym wschodniego rozkładu (…)Nie wolno [im] było skrycie i znienacka ugodzić w twierdzę katolickiej i polskiej kultury, jaką był Lwów”(cyt. za:  Maciej Mróz, „Katolicyzm na pograniczu. Kościół katolicki wobec kwestii ukraińskiej i białoruskiej w Polsce w latach 1918-1925”, wyd. adam marszałek, Toruń 2003, s. 31).  Mróz przywołuje sejmowe posiedzenie z 3 kwietnia 1919, na którym poseł socjalistyczny Mieczysław Niedziałkowski, broniąc programu federacyjnego, firmowanego przez Piłsudskiego, „trafnie odczytał intencje Teodorowicza”. Jakie one były? Eufemistycznie mówiąc dalekie od braterskich dla Ukraińców i innych narodów. Teodorowicz, według socjalisty Niedziałkowskiego, „ignoruje i zupełnie odrzuca istnienie jakiegokolwiek bądź odrębnego narodu pomiędzy Polską a Rosją, z góry się zgadza na odbudowanie wielkiej Rosji i pragnie, by granice Polski spotykały się z granicami rosyjskimi”, ibidem, s. 34). Ksiądz Isakowicz, gotowy w swej gorliwości tropiciela ukraińskich nacjonalistów na wspólne przedsięwzięcia ze stalinistami, jak to miało miejsce w Kijowie 1 kwietnia 2010 roku, w rzeczywistości też ignoruje i odrzuca istnienie narodu, który po stuleciach dramatycznej historii z trudem buduje swój odrębny byt.
W wywiadzie dla portalu Fronda z 29 marca br. Ks. Isakowicz powtórzył formułowane już wcześniej pod adresem grekokatolików zarzuty. Krytykując list hierarchów dotyczący tragedii wołyńskiej powiedział: „Dopóki ta cerkiew nie rozliczy się ze swojej przeszłości z tego, co ma na sumieniu, to jej wypowiedzi nie będą wiarygodne. Cerkiew prawosławna jest już bardziej skłonna do pojednania z Polakami”. Którą Cerkiew miał na myśli? Patriarchat Kijowski, którego zwierzchnik dwa dni wcześniej wystosował list poświęcony 70. rocznicy „masowych zabójstw na Wołyniu”? Wątpię czy już go znał, a jeśli nawet, to nie ma w nim nic więcej ponad to, co od roku 1987 robią biskupi greckokatoliccy w dialogu z polskimi hierarchami, też powtarzając formułę „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Pozostaje jedno wyjście: ormiańskiemu duszpasterzowi chodzi o Cerkiew patriarchatu moskiewskiego, która w zeszłym roku rozpoczęła dialog pojednania z Kościołem rzymskokatolickim w Polsce. Mam tylko pewien dysonans poznawczy. Ks. Isakowicz jest (był?) jednym z najostrzejszych krytyków wspólnego przesłania. Choćby 10.10.2012 na łamach „Gazety Polskiej” pisał, że przesłania nie odczytano ani w Rosji, ani na Białorusi, ani na Ukrainie, bo „ po pierwsze, patriarchatem moskiewskim i podległymi mu diecezjami, także tymi leżącymi poza granicami państwa rosyjskiego, nadal trzęsie Kreml, a ścisłej mówiąc, car Władimir I Putin. On to wzorem swoich poprzedników, zarówno carów z dynastii Rurykowiczów i Romanów, jak i pierwszych sekretarzy KPZR (że nie wspomnę o szefach Czeka i NKWD), manipuluje sprawami kościelnymi, jak się tylko da. Po drugie, tzw. pojednanie ma wymiar polityczny, a samo jego podpisanie, które odbyło się w asyście państwowego establishmentu, też było wydarzeniem bardziej politycznym niż religijnym. Czy prawosławni władycy zdobędą się w końcu na odwagę, aby w czasie niedzielnych liturgii odczytać we wszystkich cerkwiach wspomniany tekst, tak jak to nakazali uczynić w swoich kościołach biskupi rzymskokatoliccy? Chyba nie, bo to wymagałoby przeciwstawienia się carowi, a do tego ani patriarcha Cyryl I, który swoją karierę zawdzięcza współpracy z KGB, ani jego podwładni nie są zdolni. Oczywiście wśród duchownych prawosławnych jest wielu uczciwych i prawych ludzi, którzy autentycznie żyją zasadami Ewangelii. Jednak sama Cerkiew nie dojrzała jeszcze do tego, aby wyrwać się spod podległości władzy świeckiej. I to jest wielkim dramatem chrześcijaństwa wschodniego”.
Nasuwa się smutny wniosek. W imię nieustannego demonizowania grekokatolików ks. Isakowicz gotów jest zaprzeczyć własnym słowom, obrócić kota ogonem, i manipulowany przez Putina patriarchat moskiewski ukazywać jako bardziej otwarty na dialog z Polakami niż grekokatolików. Jakieś spotkanie z Rosją ponad sąsiadami. Ormiański duszpasterz zdaje się tonąć we wrzątku kipiącym swej awersji do ukraińskich grekokatolików.
04.04.2013
Ks. Bogdan Pańczak