Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wołyń1943. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wołyń1943. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 maja 2023

Wołyń 1943-2023. To nie pierwsza okrągła rocznica

 

Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki w homilii wygłoszonej 3 maja 2023 roku na Jasnej Górze w Częstochowie najwięcej miejsca poświęcił sprawie przebaczenia i pojednania polsko-ukraińskiego. Motywem, który przynaglił do „podjęcia niezwykle trudnego tematu przebaczenia i pojednania polsko-ukraińskiego”, była „80. rocznica rzezi Polaków na Wołyniu”, rocznica „zbrodni i czystek etnicznych”, których ofiarami  „stały się dziesiątki tysięcy niewinnych osób, w tym kobiet, dzieci i starców, przede wszystkim Polaków, ale także Ukraińców, oraz tych, którzy ratowali zagrożonych sąsiadów i krewnych”.

To ważny głos hierarchy, który mówi w imieniu wszystkich polskich biskupów rzymskokatolickich. To słowa, które wzywają do wypłynięcia na głębie w rozważaniach o przebaczeniu  i pojednaniu jako oddzielnych aktach. Gdy czyta się słowa o tym, że „jeżeli drogę pojednania zaczynalibyśmy od wzajemnego licytowania się i wypominania sobie wielkości win, to w wielu sytuacjach byłoby ono nie tylko bardzo trudne, ale wręcz niemożliwe do osiągnięcia”, to ma się wrażenie, że wracamy do punktu wyjścia – do roku 1987 i rzymskich spotkań biskupów polskich i greckokatolickich z diaspory, i konstatacji prymasa Glempa: „Nie wolno nam podejmować licytacji, kto komu więcej krzywd wyrządził. Do niczego to nie doprowadzi”. W opublikowanym tekście jasnogórskiej homilii jest jednak odesłanie: (por. o. Józef Augustyn, Ból krzywdy, radość przebaczenia).

Tego właśnie zabrakło mi w tej homilii. Brak jakiegokolwiek odniesienia do tego, co już między Ukraińcami i Polakami, przede wszystkim między rzymskimi i bizantyńskimi katolikami, ale nie tylko, się dokonało.

Mimo wszystko to znak ewolucji. W Częstochowie metropolita poznański mówił:  „Pojednanie – podobnie jak samo przebaczenie – jest procesem. Nierzadko wymaga ono dłuższego czasu, dlatego też konieczna jest cierpliwość obu stron. Nie należy zbyt pospiesznie i na siłę dążyć do pojednania wówczas, gdy istnieje pomiędzy stronami wiele wzajemnych oporów i niechęci”. W 2015 roku, w dziesiątą rocznicę wydania wspólnego listu pasterskiego biskupów greckokatolickich Ukrainy i rzymskokatolickich Polski z okazji aktu przebaczenia i pojednania, nie chciał wspólnych uroczystych obchodów, bo – według relacji abp. Mieczysława Mokrzyckiego – nie widział „wielkich rezultatów tego pojednania”. Szerzej o tym -  http://bogdanpanczak.blogspot.com/2015/06/episkopat-jako-zakadnik.html

Do 80. wołyńskiej rocznicy pozostały dwa miesiące.

 

poniedziałek, 17 października 2016

Kościoły rozegrane filmowo



Krytycy życzliwie oceniający „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego podnoszą argument, że nakręcił on film fabularny, dlatego też oczekiwanie od jego dzieła dokumentalnej dokładności nie ma sensu. Sam reżyser potwierdza to w rozmowie z Januszem Wróblewskim („Polityka” 39/2016): „Cały czas rozmawia pan ze mną jak z historykiem, a ja nie mam okazji powiedzieć najważniejszego: Nie nakręciłem podręcznika historii. Nakręciłem film fabularny. Nakręciłem kino o miłości. Historię, która – mam nadzieję – wzruszy i poruszy emocjonalnie. Historię, po której widzowie wrócą do domu i przytulą swoje dzieci. A przy okazji, mam nadzieję, że będą chcieli poszerzyć swoją wiedzę”. 

Z drugiej jednak strony reżyser „Wołynia” wyznaje, że o Wołyniu czytał książki, „których nawet za komuny ukazało się prawie sto. Jasne, w większości przypadków trzeba było czytać między wierszami, ale i tak sporo się można było dowiedzieć”. Na marginesie obecnych rozważań: jeśli „nawet za komuny” tyle się publikowało o Wołyniu, to co (kto) skłoniło Smarzowskiego do umieszczenia na początku filmu słów o dwukrotnym zabiciu Kresowian? 

Z epoki pokomunistycznej pochodzą zaś prace autorów, których wymienia on jako najbardziej inspirujących. Jednym z nich jest prof. Grzegorz Motyka, autor pracy „Od rzezi wołyńskiej do akcji «Wisła»”. 

Jak po dziesięciu dniach wyświetlania filmu funkcjonuje w świadomości widzów rola duchowieństwa wschodniochrześcijańskiego w tym, co wydarzyło się na Wołyniu? Najpierw przyjrzyjmy się temu, co mówi sam reżyser. W rozmowie w tygodniku „wSieci” dziennikarz wyznaje: „Mnie właśnie sceny z popami święcącymi maczety uderzyły najmocniej. Ukraińcy popełniają zbrodnie z Bogiem na ustach”. Smarzowski odpowiada: „Dlatego w filmie jest dwugłos. Jeden prawosławny duchowny opowiada się za dobrem, drugi wtapia się w zło. To bardzo ważna część filmu. Stare dobre, młode złe. To przekłada się na filmowe znaczenia, chociaż pewnie dostanie mi się za to, że dobre to akurat greckokatolickie”. Na to interlokutor: „Nie obawia się pan, że to właśnie wywoła ataki piewców politycznej poprawności? Grekokatolik głosi Dobrą Nowinę, a prawosławny z nią na ustach namawia do rzezi?”. Reżyser wyjaśnia: „Postanowiłem tak to rozegrać filmowo. Język filmu rządzi się swoimi prawami. Mogłem pokazać w filmie postać wzbudzającego kontrowersję greckokatolickiego abp. Szeptyckiego, lecz to także wzbudziłoby protesty. Spodziewam się zresztą wielu najróżniejszych, mniejszej i większej wagi, protestów”. 

Tak, protestuję: przeciw zasadzie „wsio ryba”, na mocy której są popi, najpierw dwóch prawosławnych, z których po chwili jeden staje się grekokatolikiem. 

Nie odczytał tego „rozegrania” Smarzowskiego recenzent filmowy „Gazety Wyborczej” Tadeusz  Sobolewski: „Z ust prawosławnego księdza padną słowa o tym, że «świat za bardzo przywiązany jest do swoich ojczyzn, narodów, do swojej własności». Choć równocześnie inny, zdaje się, greckokatolicki ksiądz święci narzędzia zabijania”. 

Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski nie byłby sobą, gdyby z początkowo niejednoznacznej sytuacji nie wyciągnął oczywistego wniosku o ludobójczej winie grekokatolików: film według niego „Pokazuje realia polsko-ukraińskie, a ludobójstwo jest także dobrze ukazane, bo tu nie chodzi o epatowanie okrucieństwem, które też jest pokazane, natomiast o przyczyny tego ludobójstwa i kto doprowadził. Dla mnie są takie dwie kluczowe sceny. Jedna to jest zestawienie dwóch kazań dwóch różnych księży greckokatolickich czy prawosławnych w cerkwi. Jeden nawołuje do zgody z Polakami, a drugi odwrotnie – mówi, że Polacy to jest kąkol, który trzeba wyrwać i spalić i później na tle przepięknego ikonostasu święci siekiery i noże. Ja myślę, że Cerkiew greckokatolicka do dnia dzisiejszego nie ma odwagi rozliczyć się z tym fragmentem historii, zwłaszcza, że nie wszyscy święcili. Byli tacy i tacy”. 

Anna Wylęgała, w replice na recenzję Karoliny Wigury i Jarosława Kuisza w „Kulturze liberalnej”, pisze o kazaniach wygłaszanych  „przez dwóch prawosławnych duchownych. Jeden z nich zachęca do wyplenienia zła jak biblijnego kąkolu i święci narzędzia rolnicze, które posłużą do zabijania Polaków. Drugi nawołuje do miłości bliźniego i poszanowania ludzi odmiennego obrządku, języka i narodowości”.

Ale już dla Adama Balcera, autora recenzji w „Gazecie Prawnej”, apogeum toposu Ukraińców jako dzikiej czerni jest w filmie Smarzowskiego „msza prowadzona przez greckokatolickiego księdza(prawie żaden polski widz nie zada sobie pytania, jak to możliwe na prawosławnym Wołyniu), który chrzci noże, siekiery i widły”.

To nie wszystkie przykłady zamieszania, jakie wywołało „rozegranie” kwestii konfesyjnej w „Wołyniu”. Gdyby za oknem nie był XXI wiek, można by podzielać z reżyserem nadzieję, że, wróciwszy do domu, widzowie „Wołynia”, po przytuleniu dzieci, „będą chcieli poszerzyć swoją wiedzę”. Pokolenie szybkich kciuków poszerza tylko ekrany swoich smartfonów.






.
.
 

sobota, 8 października 2016

Opamiętanie



Film „Wołyń” spełnił oczekiwania ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego. Może on odczuwać satysfakcję, bo także dzięki jego wielkiemu zaangażowaniu udało się zebrać brakujące środki, niezbędne do ukończenia dzieła. Wydaje się, że wszystko poszło po myśli duchowego przewodnika środowiska kresowian. W jednej z wielu wypowiedzi, bezpośrednio po powtórnym obejrzeniu filmu, zachęca, by pójść do kina, bo „Wołyń” Smarzowskiego 

„Pokazuje realia polsko-ukraińskie, a ludobójstwo jest także dobrze ukazane, bo tu nie chodzi o epatowanie okrucieństwem, które też jest pokazane, natomiast o przyczyny tego ludobójstwa i kto doprowadził. Dla mnie są takie dwie kluczowe sceny. Jedna to jest zestawienie dwóch kazań dwóch różnych księży greckokatolickich czy prawosławnych w cerkwi. Jeden nawołuje do zgody z Polakami, a drugi odwrotnie – mówi, że Polacy to jest kąkol, który trzeba wyrwać i spalić, i później, na tle przepięknego ikonostasu, święci siekiery i noże. Ja myślę, że Cerkiew greckokatolicka do dnia dzisiejszego nie ma odwagi rozliczyć się z tym fragmentem historii, zwłaszcza, że nie wszyscy święcili. Byli tacy i tacy”. 

Kanał w YouTube, który zamieścił wywiad z duszpasterzem Ormian, tak streścił przesłanie rozmowy: „Cerkiew Greko Katolicka na Ukrainie do dnia dzisiejszego nie rozliczyła się z podżegania do ludobójstwa Polaków. Jak się czują polscy politycy, co jeździli na majdan i krzyczeli chwała ukrainie”.

Pisałem już tu o stosunku ks. Isakowicza-Zaleskiego do grekokatolików, (http://bogdanpanczak.blogspot.com/2013/08/jedna-rodzina-bez-braterstwa-ks.html) i roli odgrywanej przez niego  w relacjach polsko-ukraińskich -  (http://bogdanpanczak.blogspot.com/2013/11/woyn-perfidny-tusk-i-upa-jako-drogowka.html). Wydaje się, że dziś przekracza on Rubikon. Oskarżenie Kościoła greckokatolickiego o doprowadzenie do ludobójstwa Polaków to zarzut najcięższy z możliwych. 

W drugim ze wskazanych tu tekstów odwołuję się do wypowiedzi o. Marka Blazy SJ w wywiadzie dla „Błahowista”(3/2014). Warszawskiemu jezuicie, gdy czyta słowa ks. Isakowicza-Zaleskiego, przychodzi na myśl kanon 1448§1 Kodeksu Kanonów Kościołów Wschodnich: „Kto w publicznym widowisku, w wypowiedzi, w rozpowszechnionym piśmie albo w inny sposób przy pomocy środków społecznego przekazu, wypowiada bluźnierstwo, poważnie narusza dobre obyczaje albo znieważa religię lub Kościół bądź wywołuje nienawiść lub pogardę, powinien zostać ukarany odpowiednią karą”. W Kodeksie Prawa Kanonicznego odpowiada mu kanon 1369, mówiący o sprawiedliwej karze.

Nie o karę chodzi, lecz o opamiętanie.






niedziela, 25 września 2016

Nóż w wodzie święconej



Instytut Europy Środkowo-Wschodniej w Lublinie wydał w roku 2001 książkę Anny Krochmal „Konflikt czy współpraca? Relacje między duchowieństwem łacińskim i greckokatolickim w diecezji przemyskiej w latach 1918-1939”. W przedostatnim akapicie zakończenia autorka formułuje wniosek, że wskutek wzrostu tendencji nacjonalistycznych w obydwu społecznościach,  niekonsekwentnej polityki władz polskich wobec mniejszości narodowych i angażowaniu Kościoła łacińskiego w prace nad umacnianiem polskości kresów,  duchowni  znaleźli się w dwóch zwalczających się obozach.  Jednak „niewątpliwą zasługą duchowieństwa obydwu obrządków były starania o powstrzymanie skrajnych tendencji w życiu politycznym oraz dążność do utrzymania prymatu zasad chrześcijańskich nad interesami państwa czy narodu”. 

Tyle wniosek, niezwykle istotny, zawodowego historyka. Dochodzi się do niego po lekturze prawie dwustu stron druku. W dobie prymatu obrazu nad drukowanym słowem ważne jest, co mówi okładka książki. Pod biegnącymi lekko w poprzek słowami „Konflikt czy współpraca?” widać fragment obrazu, na którym dwie kobiety składają dłonie w modlitewnym geście. To niewątpliwie wierne, które należą do tradycji łacińskiej. Zaś nad tytułem książki widać fragment bez wątpienia ikony. Świadczy o tym monogram IC XC. Dominującym motywem jest tu topór, uniesiony w tym fotomontażu centralnie nad modlącymi się niewiastami. Obraz daje prostą odpowiedź na pytanie będące tytułem książki, jakby przekreślając wysiłek autorki.  

Przypomniałem sobie o tym podczas lektury wywiadu z Grzegorzem Motyką („Noży nie święcili”, „Gazeta Wyborcza” 24-25.09.2016). Ten najwybitniejszy w Polsce badacz konfliktu polsko-ukraińskiego w latach 40. XX wieku w napisach końcowych filmu „Wołyń” wymieniany jest jako konsultant. W wywiadzie mówi, że „to chyba za dużo powiedziane”, bo kilkakrotnie pytano go o różne kwestie historyczne, uwzględniając niektóre uwagi, innych zaś nie. Motyka: „Miałem zastrzeżenia do sceny święcenia noży przez ukraińskiego księdza. Kresowiacy są przekonani, że takie ceremonie miały miejsce, ale brak na to dowodów”. 

Recenzent filmowy „GW” Tadeusz  Sobolewski w tym samym wydaniu gazety („Zło jak namalowane”) precyzuje: „Z ust prawosławnego księdza padną słowa o tym, że «świat za bardzo przywiązany jest do swoich ojczyzn, narodów, do swojej własności». Choć równocześnie inny, zdaje się, greckokatolicki ksiądz święci narzędzia zabijania”. 

W jednym z wielu udzielonych ostatnio wywiadów Wojciech Smarzowski powiedział: „wychowałem się na Podkarpaciu, więc o banderowcach swoje się nasłuchałem”. Czy wie, że wiele z tych opowieści nie ma nic wspólnego z prawdą? O kilku takich manipulacjach pisałem tu: http://bogdanpanczak.blogspot.com/2013/08/echa-oredzia-woynskie-i-bieszczadzkie.html

Trzydzieści lat temu w Rzymie Prymas Polski Józef Glemp mówił do ukraińskich biskupów: „Nie wolno nam podejmować licytacji, kto komu więcej krzywd wyrządził. Do niczego to nie doprowadzi”. Dziś polski reżyser uważa, że „liczenie ofiar jest istotne dlatego, żeby o nich pamiętać i żeby odzyskały swoje miejsce w historii” bo „dopiero wtedy słowa «przepraszamy i prosimy o wybaczenie» będą miały wagę”. Chwilą prawdy będzie wejście filmu „Wołyń” na ekrany. Trzydzieści lat dialogu między Kościołami wobec dwóch godzin przed dziełem najważniejszej ze sztuk.