sobota, 9 listopada 2013

Pierogi a niepodległość



Czy przyszedł moment, by porzucić wszelką nadzieję na ocalenie autentycznego znaczenia słowa „ruski”? Bo jeśli pierwszy zastępca redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” Jarosław Kurski pierogi ruskie nierozłącznie łączy z tymi, których „nikt nie prosił, same przyszły”, to w kim szukać sojusznika? Konsternacja młodej kelnerki z krakowskiego Rynku, która nie zrozumiała dowcipu, jest dla dziennikarza najlepszym dowodem, że niepodległość stała się dla młodego pokolenia Polaków czymś oczywistym: „dla mnie niepodległość najpełniej wyraziła się tym, że dziewczyna urodzona po 1989 r. nie rozumie dowcipu «kto prosił ruskie». Oto rodzi się druga generacja Polaków, dla których wolność jest jak powietrze – bez barwy i zapachu. Po prostu jest”.(„Ruskie a niepodległość”, „GW” 9-11.11. 2013)
A zaledwie kilka miesięcy temu w redagowanej przez Kurskiego gazecie ukazał się artykuł, w którym historyk ubolewał:  „Coraz rzadziej się pamięta, że słowo "ruski" oznacza tyle co odnoszący się do Rusi Kijowskiej lub do wschodniosłowiańskich ziem Korony zwanych Rusią, w praktyce więc do terytorium obecnej Ukrainy. To język ukraiński jeszcze kilkadziesiąt lat temu nazywano ruskim. Rosja zaś aż do XIX w. była określana jako Moskwa, co miało swoje znaczenie polityczne”. ”(Łukasz Adamski„ „Nie świętujmy plugawych zwycięstw!”, „Gazeta Wyborcza” 28.09. 2012).
Sam Kurski wyznaje, że opowiadając stary peerelowski dowcip chciał „się wydać zabawny, a wydał się żałosny”. Nie chodzi mi o ponuractwo, ale o to, by do tej „drugiej generacji Polaków”, która niezbyt entuzjastycznie zgłębia własną historię narodową, nawet w dowcipach zwracać się w sposób, który nie utrwali stereotypów i deprecjonującego traktowania sąsiadów jako jednej masy „ruskich”.
Temat pierogów jest nieśmiertelny. Nic nie stracił na aktualności i ten list opublikowany w „Tygodniku Powszechnym” w październiku 2000 r.

Pierogi a sprawy międzynarodowe

         Swój artykuł pt. „Bliny w Tokio” poświęcony stosunkom rosyjsko-japońskim, Piotr Bernardyn kończy akcentem gastronomicznym(„TP” nr 38/2000). Powołując się na korespondencję z japońskiej gazety, mówiącą o wielkiej popularności japońskiej kuchni w Moskwie, pan Bernardyn konkluduje: „Pozostaje skłonić Japończyków do polubienia blinów, barszczu i ruskich pierogów...”. Bliny to strzał w dziesiątkę: są one typową rosyjską potrawą. Ale co z barszczem? Ma być biały czy czerwony, z krokietem czy bez? Myślę, że Autor miał na myśli barszcz ukraiński, ale tej potrawy, w pełnym brzmieniu  nie mógł jednak wprowadzić do swojej wersji rosyjskiego menu. Co innego z pierogami ruskimi – przecież to takie oczywiste.
         Na jednym z lubelskich bazarów jakiś polski handlowiec, najwidoczniej zmęczony konkurencją, okrasił swój szyld następującą reklamą: „Taniej jak u Rosjan”.  Rosjan na tym bazarze trzeba szukać ze świeczką. Handlują na nim głównie Ukraińcy, ale także Białorusini, Ormianie i przedstawiciele innych narodów byłego ZSRR, czyli ludzie, których 99 procent Polaków odwiedzających bazary określa mianem Ruscy. Ten polski handlowiec musiał jednak czuć, że słowo ruski, poza kulinarnym kontekstem pierogów, nie nadaje się na oficjalny napis. Poszedł więc po linii najmniejszego oporu i najniższych kosztów. Sądził zapewne, że zastępuje popularne określenie normatywnym terminem. Szkoda, że pan Bernardyn, uniwersytecki specjalista od Dalekiego Wschodu, w tym co dotyczy najbliższego Wschodu ulega tej masowej, bazarowej urawniłowce.  Barszcz, w jakiejkolwiek postaci, z tego co wiem jako zwykły konsument, nie jest typową rosyjską potrawą. A pierogi ruskie są żelazną pozycją w każdej, ale polskiej książce kucharskiej, bowiem określenie ruski, termin dziś historyczny, odnosi się do świata ukraińskiego i białoruskiego, a w danym przypadku do Ukraińców, którzy swą pasją do pierogów zarazili kiedyś Polaków. Zamiast tych dwóch smacznych potraw pan Bernardyn mógł był wymienić choćby kotlet à la Pożarski i boeuf Strogonow, skądinąd także znane w Polsce.
         Cały ten, ktoś mógłby powiedzieć kuchenny problem, przybiera czasem poważną formę. W książce „Przekroczyć próg nadziei, w rozdziale poświęconym ekumenizmowi (22) Jan Paweł II, w dosyć skomplikowanym fragmencie, pisze: „Unia Brzeska w 1596 r. stała się początkiem dziejów Kościoła wschodniego, który dziś nazywa się Kościołem katolickim obrządku bizantyńsko-ukraińskiego. Wtedy był to Kościół przede wszystkim ludności ruskiej i białoruskiej”. Słowo ruskiej okazało się kamieniem upadku dla wielu tłumaczy. Wyszło na to, że Kościół  Unicki był Kościołem ludności rosyjskiej. Punktem wyjścia dla przekładu powinno być łacińskie rutheno , a tak ignorancja tłumaczy i redaktorów wydań pogłębiła w milionach egzemplarzy i bez tego mgliste pojęcie reszty świata o wschodnich Słowianach i ich historii.

Ks. Bogdan Pańczak

 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz